Ile naprawdę kosztuje koszulka?

79 czy 39 złotych? A może na wyprzedaży jeszcze mniej? Co jeśli, spojrzymy inaczej i przeliczymy to na ilość wody zużytej do jej produkcji i wyjdzie nam niebagatelne 2,7 tys. litrów wody? A przecież na koszulce nasza garderoba się nie kończy.

W ciągu niecałych 40 lat ilość odzieży kupowanej przez Amerykanki wzrosła pięciokrotnie. W 1980 roku przeciętna mieszkanka Stanów Zjednoczonych kupowała jej 12 sztuk rocznie, w 2018 roku było to już 68 szt. – wynika z informacji zebranych przez firmę Rent a Runway. 80 procent zakupionych ubrań rzadko jest noszona.

Nie inaczej jest w Europie. W latach 1966-2012 liczba zakupionych ubrań wzrosła o 40 proc. Przeciętny mieszkaniec UE w 2020 roku nabył 14,8 kg odzieży i obuwia (w to wliczone są też tekstylia domowe). W 2015 roku było to 12,66 kg. Równocześnie niemal połowa ubrań w szafach Europejczyków nie była noszona od roku.

Dlaczego tyle kupujemy? Bo chcemy nadążać za modą, która zmienia się coraz szybciej. Kiedyś w sklepach były cztery kolekcje, każda na inną porę roku. Dziś w sieciówkach nowe kolekcje wchodzą co kilka tygodni. H&M wypuszcza ich od 12 do 16 rocznie, Zara – nawet 24. Duże sieci stawiają na masową produkcję, duże wolumeny sprzedaży i niską cenę. Szybko dostarczają klientom rzeczy podobne do tych (choć gorszej jakości), które jeszcze niedawno pokazywane były na wybiegach. Kiedy pod koniec 1989 roku Zara i faux French otworzyły pierwsze sklepy w Nowym Jorku, gazeta New York Times pisała, że obie marki mówią tym samym językiem mody: „To język zrozumiały dla młodych ludzi, którzy chcą być modni niedużym kosztem i którzy zmieniają ciuchy tak często jak kolor szminki”. Gazeta cytuje też Juana Lopeza, szefa Zary w Stanach Zjednoczonych: „Asortyment w sklepie zmienia się co trzy tygodnie. Szukamy najnowszych trendów. Potrzeba 15 dni od pomysłu [np. na pokazie mody – przyp. tłum] do pojawienia się produktu w naszych sklepach”.

Ma być szybko, ma być dostępnie, ma być tanio. I faktycznie – odzież jest relatywnie coraz tańsza, co też sprzyja kupowaniu. W latach 1996-2018 ceny odzieży w UE spadły o ponad 30 proc. w stosunku do inflacji. I nawet, jeśli kupujemy więcej, nie odczuwamy tego tak bardzo w domowych budżetach. W 1996 r. udział tych zakupów wynosił w nich 5 proc., by w 2020 r. spaść do 3,3 proc.

Fast fashion jest dzieckiem globalizacji. W ostatnich latach ogromny napęd dają mu social media. Mówi się o „efekcie księżnej Kate”. Księżna Walii często pokazuje się w ubraniach z sieciówek, a te, które założy (i których zdjęcia obiegają internet), są wykupywane na pniu. Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie firmy Accenture, jednym z ważniejszych motywów zakupu odzieży staje się kreowanie wizerunku w mediach społecznościowych. Aż 55 proc. respondentów przykłada wagę do tego, jak są ubrani na zdjęciach i filmach umieszczonych na tych platformach. Co czwarta osoba poniżej 25 r.ż. kupuje ubrania z myślą o tym, jak będzie się w nich prezentować w social media. Starsi respondenci niewiele się od nich różnią – tę samą odpowiedź wskazało 19 proc. ogółu badanych (Drugie życie ubrań, 2022).

Ile zarobi szwaczka?

Problem w tym, że produkcja odzieży nie jest tak piękna, jak zdjęcia na Instagramie. 24 kwietnia 2013 roku zawalił się ośmiopiętrowy budynek w kompleksie Rana Plaza w stolicy Bangladeszu, Dhace. Mieściły się w nim m.in. szwalnie produkujące dla wielu znanych marek. Budynek był rozbudowywany, by pomieścić jak najwięcej maszyn, a pracujące przez wiele godzin generatory prądu wprawiały go w drgania. W końcu konstrukcja nie wytrzymała. W wyniku katastrofy zginęło 1138 osób, a około 2500 zostało rannych. Tragedia ta otworzyła oczy wielu konsumentom, bo dobitnie pokazała to, o czym organizacje praw człowieka mówiły od dawna: że szwaczki i szwacze pracują w warunkach urągających higienie i bezpieczeństwu pracy, po kilkanaście godzin na dobę, zarabiając głodowe stawki. Że nie mogą się skarżyć ani zrzeszać (np. w związki zawodowe), że w fabrykach często pracują dzieci i że pracują przez 7 dni w tygodniu, nie mają urlopów ani prawa do zwolnienia lekarskiego.

Dziesięć lat po katastrofie w Rana Plaza sytuacja pracowników branży odzieżowej w Bangladeszu (odpowiada ona za 82 proc. eksportu tego państwa) znacznie się poprawiła, co przyznaje Międzynarodowa Organizacja Pracy, ale wiele pozostaje jeszcze do zrobienia. Przyciśnięte przez opinię publiczną firmy z branży fashion, dla których szyły fabryki w Rana Plaza, podpisały w 2013 porozumienie Accord. Dotyczyło ono bezpieczeństwa pracowników szwalni i wypłacenia odszkodowań ofiarom (z czym akurat biznes się nie spieszył). Jeśli fabryki chcą współpracować z sygnatariuszami porozumienia, muszą przejść audyt.

Nie tylko Bangladesz szyje dla świata. Liczne zakłady produkujące odzież czy obuwie znajdują się też w Chinach, Indiach, Pakistanie czy Kambodży. Określa się je mianem sweathshops (sweat to po angielsku pocić się, ale też harować). Ich wspólnym mianownikiem są ciężkie, czasem wręcz niebezpieczne warunki pracy, praca po kilkanaście godzin dziennie, minimalne pensje, za które nie sposób się utrzymać, zatrudnianie dzieci. W Bangladeszu godzinowa stawka wynosi 22 centy, w Indiach – 58.

Praca w przemyśle odzieżowym jest także niebezpieczna dla zdrowia. Dżinsy uzyskują przetarcia dzięki piaskowaniu. Polega ono na rozpylaniu piasku na materiał za pomocą wysokociśnieniowego pistoletu. Drobinki krzemionki unoszą się wszędzie, wnikając do płuc i powodując śmiertelną chorobę – krzemicę płuc. Teoretycznie każdy pracownik powinien nosić odzież ochronną i maskę. W praktyce jedynym zabezpieczeniem jest chusta na twarzy. W 2009 roku władze Turcji zakazały stosowania tej metody w przemyśle tekstylnym, po tym jak w latach 2004-2009 na krzemicę zmarło w tym kraju 40 osób. Produkcja piaskowanych dżinsów przeniosła się jednak do innych państw. Niektóre marki (np. H&M, Levi’s) same wycofują się ze stosowania tej metody przy szyciu dżinsów.

Pracownicy produkujący ubrania są także narażeni na bezpośredni kontakt z chemikaliami – barwnikami, wybielaczami, klejami, rozpuszczalnikami, surfaktantami, środkami zmniejszającymi palność czy formaldehydem. 90 proc. mieszkańców bangladeskich slumsów, którzy pracują przy produkcji skór, umiera przed ukończeniem 50. roku życia.

Ile wody się zużyje?

Chemikalia trują nie tylko ludzi, którzy przy nich pracują, ale także glebę, wodę i powietrze. To zresztą nie jedyne grzechy przemysłu modowego wobec środowiska. Odpowiada on aż za 10 proc. emisji gazów cieplarnianych na świecie. To więcej niż przeloty międzynarodowe i żegluga morska.

W 2015 roku branża odzieżowa zużyła aż 79 miliardów metrów sześciennych wody. Aż 2,7 tys. l wody potrzebnych do wyprodukowania jednej koszulki to mniej więcej tyle, ile człowiek wypija przez 2,5 roku. Para dżinsów pochłania ok. 8 tys. l. Dlaczego tak dużo? Niesamowicie wodochłonna jest uprawa samej bawełny. Aby uzyskać jej kilogram, potrzeba aż 20 tys. litrów wody. Do tego dochodzą ogromne ilości nawozów i pestycydów. Mimo iż roślina ta zajmuje 2,4 proc. powierzchni ziem uprawnych na świecie, jej produkcja wiąże się z wykorzystaniem 5,7 proc. pestycydów wykorzystywanych ogółem w rolnictwie. Surowa bawełna musi jeszcze przejść serię zabiegów, nim stanie się materiałem na koszulkę czy dżinsy. Wykorzystuje się do nich do 8 tys. różnych środków chemicznych, m.in. wybielacze na bazie chloru, barwniki zawierające metale ciężkie czy formaldehyd, który ma zapobiec gnieceniu się materiału.

Bawełna stanowi 24 proc. światowego rynku włókien, poliester – aż 52 proc. Wytwarza się go z ropy naftowej. Jest to energochłonny proces, powodujący zanieczyszczenie wody mikrowłóknami. Uwalniają się one nie tylko podczas produkcji, ale także w czasie prania, zwłaszcza pierwszych cykli (a nie jest to materiał przeznaczony do długiego noszenia). Co roku pół miliona ton mikrowłókien trafia do mórz i oceanów. To 35 proc. pierwotnych mikrodrobin plastiku uwalnianych do środowiska.

Przemysł odzieżowy cały czas się rozwija. Jeszcze w 2000 roku światowa produkcja włókien wynosiła 58 mln ton, by w 2019 roku wzrosnąć do 111 mln (wg Textile Exchange). Ma to coraz większy wpływ na środowisko. W 2015 roku cała branża zużywała 98 mln ton ropy naftowej i była odpowiedzialna za 2 proc. światowych emisji CO₂. W 2050 roku zużycie ropy ma wzrosnąć do 300 mln ton, a emisje – do 26 proc. Jednocześnie do mórz i oceanów trafi 22 mln ton dodatkowych mikrocząsteczek plastiku.

Ile pożyje koszulka?

Każdego roku mieszkaniec EU pozbywa się ok. 11 kg ubrań. W różny sposób – oddając innym lub sprzedając, wyrzucając lub przeznaczając do recyklingu. Pomiędzy 25 a 50 proc. wyrzucanej odzieży jest już tak znoszona, że ląduje na wysypisku lub w spalarni odpadów. Sporo trafia do drugiego obiegu i jest wysyłanych do innych państw w Azji i Afryce. Ten eksport rośnie, w 2003 było to 400 tys. ton, w 2019 już 1,3 mln ton. Zalew tanich ubrań z Europy powoduje, że ich lokalni wytwórcy tracą pracę. W Ugandzie ok. 81 proc. sprzedawanej odzieży to używana z Zachodu. Ubrania, które się nie sprzedadzą, trafiają na ogromne wysypiska, tak się dzieje np. w Ghanie czy Chile. Brytyjska organizacja charytatywna Oxfam szacuje, że dotyczy to aż 70 proc. eksportowanej odzieży z drugiej ręki.

Mniej niż 1 proc. odzieży poddaje się recyklingowi jako odzież. Dominuje wciąż recykling mechaniczny – ubrania są wykorzystywane jako szmaty, izolacja czy wypełnienie tapicerowanych części samochodów. W ten sposób kończy ok. 20 proc. odpadów tekstylnych w UE.

Fast fashion nie żyje długo. To nie są ubrania szyte na lata. Ich trwałość zależy także od użytkowników – tego, w jaki sposób i jak często je piorą oraz czy je naprawiają. 42 proc. badanych Polaków deklaruje, że reperuje ubrania – głównie z powodów ekonomicznych i sentymentalnych. Zachęcają do tego też niektóre marki – np. znana z odpowiedzialnego podejścia do kwestii środowiskowych Patagonia (i zdecydowanie nie fast fashion) ma na swojej stronie filmiki pokazujące, w jaki sposób np. zaszyć dziurę w swetrze lub jak wymienić guzik w dżinsach.

Ile jeszcze?

Patagonia była też pierwszą dużą firmą, która uruchomiła oficjalny sklep online ze swoimi produktami z drugiej ręki. Dziś proponuje to więcej marek (np. Levi’s, COS, 4F), a także sklepów (np. Zalando), choć nadal jest to nisza. Nie zmienia to jednak faktu, że rynek odzieży używanej rośnie bardzo szybko, głównie w internecie – od lumpeksów online po platformy takie jak Vinted, który w ubiegłym roku odnotował 80 mln użytkowników.

W raporcie przygotowanym na zlecenie Thred UP, amerykańskiego second handu online, wynika, że w 2023 roku rzeczy używane mają stanowić 10 proc. całego rynku odzieży. Wartość światowego rynku używanej odzieży rośnie z roku na rok – w 2022 roku wynosiła 177 mld dolarów, prognozuje się, że w 2027 osiągnie wartość 351 mld USD.

Drugi obieg tekstyliów to krok w kierunku modelu cyrkularnego, w którym już na etapie planowania produktu przewiduje się cały jego cykl życia i projektuje go tak, by jego produkcja zużywała jak najmniej surowców i energii oraz by służył jak najdłużej, a na końcu pozostało po nim jak najmniej odpadów. Dotychczasowy model fast fashion jest bardzo linearny: dużo surowców, dużo energii, krótkie życie i do śmieci. Obieg zamknięty mody zakłada produkcję wyrobów z materiałów i metodami mającymi mniejszy wpływ na środowisko, trwałych i na lata. Wpisane są w niego dbałość o produkt, naprawianie go, przerabianie, oddawanie innym i do recyklingu, gdy się już zupełnie znosi. I przede wszystkim umiar.

W obieg zamknięty wpisują się też inne modele biznesowe, takie jak wypożyczalnie (np. ubrania na specjalne okazje lub dla dzieci) i subskrypcje (za określoną kwotę dostaje się co miesiąc kilka ubrań, które można zwrócić lub wykupić po niższej cenie).

W kierunku modelu cyrkularnego idą też unijne regulacje. 1 czerwca 2023 roku Parlament Europejski przegłosował przepisy mające ukrócić nadprodukcję tekstyliów i fast fashion. Chodzi o to, by ubrania były bardziej wytrzymałe, łatwe do naprawy czy recyklingu – np. żeby łatwo było odpruć zamek, by go wymienić lub oddzielić od siebie różne frakcje odpadów. PE chciałby, aby sklepy oferowały możliwość naprawy lub konserwacji odzieży, a także poprawić warunki produkcji ubrań i butów, które trafiają na unijny rynek. Zakazane będą pseudoekologiczne reklamy oraz spalanie niesprzedanych lub zwróconych produktów.

Od 2025 roku państwa Unii będą też musiały oddzielnie zbierać wyroby tekstylne – wymusza to na nich dyrektywa w sprawie odpadów.

Unijni politycy wyszli z założenia, że bez odgórnych regulacji branża fashion się nie zmieni. Zwłaszcza że prognozy zapowiadają jej dalszy wzrost (o 63 proc. między 2022 a 2030 rokiem). Bo fast fashion daje zysk. Ale koszulka kosztuje znacznie więcej niż cena podana na metce.